PRZEDMOWA8
grudnia 2004 roku z wielkim żalem pożegnaliśmy ks. Kazimierza
Martyńskiego, który w latach 1972-1993 był proboszczem parafii w
Lipinkach. O jego zasługach dla lipińskiej parafii pisaliśmy
wielokrotnie, z przyjemnością więc publikujemy na stronach NIS Lipinek
jego osobiste wspomnienia o drodze do powołania, które umieszczone
zostały w jego książce
Wdzięczność i radość.
Tekst ten otrzymaliśmy dzięki uprzejmości ks. Krzysztofa Nalepy z
Łodzi, wieloletniego przyjaciela księdza Kazimierza Martyńskiego.
Pozostawał on z naszym proboszczem w stałym kontakcie
korespondencyjnym, odwiedził go też kilka razy w Lipinkach. Ksiądz
Nalepa zafascynowany osobowością i mądrością duszpasterską księdza
Prałata, który w dodatku był szafarzem jego sakramentu chrztu, jest
autorem kilku artykułów poświęconych byłemu lipińskiemu proboszczowi.
Pisząc do mnie w prywatnym liście, ks. Nalepa sformułował myśl, którą
chciałbym w tym miejscu przytoczyć: "Mówiąc o ludziach związanych z
Lipinkami, trzeba brać pod uwagę rónież i to, co napisali i zdziałali w
innych miejscach. Wówczas obraz tych osób jest pełniejszy. Proszę
według uznania zrobić z tych tekstów użytek."
Jestem przekonany, że te wspomnienia wzbogacą nasz serwis, a dla
pragnących poznać bliżej ludzi kształtujących oblicze Lipinek, a do
takich bez wątpienia ks. Kazimierz Martyński należy, staną się kopalnią
nieocenionej wiedzy. Trudno chyba zrobić z tego tekstu lepszy użytek
niż popularyzacja go w NIS Lipinek.
Piotr Popielarz
1. POCHODZENIERód
Martyńskich wywodzi się ze starej rodziny snycerzy słowackich, z Rabcy,
na Morawach. Mój prapradziadek Jan Martinsky, znany na Słowacji
snycerz, przywędrował do Borzęcina za pracą. Zamieszkał na plebanii i
rzeźbił figury do częściowo spalonego kościoła parafialnego.
Jego syn Adeodat, Jan, urodził się w Rabcy i tam był ochrzczony,ale
wnet z matką Anną, przywędrowali za ojcem do Borzęcina. Zamieszkali
również na plebanii. Adeodat pod okiem ojca, rozwinął się w
niepospolity talent - snycerski. Kupił w Borzęcinie gospodarstwo (7 ha
pola z domem) i na zakupionym "gruncie", wybudował w 1853 roku,
wspaniałą, istniejącą do dziś, Figurę Wniebowzięcia Najświętszej Maryi
Panny, którą przepięknie, kolorowo wymalował.
Mój dziadek Jan Martyjski (zmiana pisowni nazwiska), nie odziedziczył
po swoim ojcu talentu artysty. Był za to dobrym gospodarzem. Wybudował
w 1916 roku nowy dom, kryty kolorowym eternitem. Powiększył
gospodarstwo przez dokupywanie ziemi i kolejne małżeństwa (był dwa razy
żonaty). Wychował 8-mioro dzieci: trzy córki i pięciu synów i
wszystkich odpowiednio wyposażył. Jednym z tych synów był mój ojciec,
Józef Martyński.
Jego to ojciec Jan (mój dziadek)zostawił na gospodarstwie, pewnie
dlatego, że Józef był inwalidą wojennym. W czasie "Wyprawy Kijowskiej"
w 1920 roku odłamki pocisku artyleryjskiego uszkodziły mu staw łokciowy
i staw barkowy, oraz odcięły dwa palce (serdeczny i środkowy) lewej
ręki. Józef Martyński ożenił się w 1927 roku zWiktorią Rogóż, córką
Stanisława, stelmacha z Jagniówki (przysiółek Borzęcina). Józef i
Wiktoria zamieszkali na "ojcowiźnie", zajmując połowę domu (sień, izba
i komora) i połowę "gruntu". Druga połowa domu i "gruntu" była
zarezerwowana dla pozostałych dwojga dzieci, Adama i Anny.
Z tego małżeństwa Józefa i Wiktorii Martyńskich, przyszedłem na świat 4
sierpnia 1928 roku. Na wyraźne życzenie Mamy, nadano mi na Chrzcie św.
imię Kazimierz, a dopiero drugie Jan, którego życzył sobie Ojciec. Był
zwyczaj, że w każdym pokoleniu Martyńskich, jeden z synów miał imię
"Jan". Niedługo cieszyłem się "jedynactwem", bo za dwa lata urodził się
brat Franciszek (zmarł jako dziecko). Potem w odstępach dwurocznych
rodziły się siostry: Maria, Genowefa, Janina i Jadwiga. Po wojnie w
1946 roku, urodził się jeszcze brat Józef.
Rodzice byli tradycyjnie religijni, nawet nieco ponad przeciętny
poziom. Tato brał udział w asyście ze świecą w procesjach. Mama była
zelatorką róży kobiet i prowadziła "śpiewania" (zmiana tajemnic).
Obydwoje Rodzice należeli do III Zakonu św. Franciszka i nosili
tercjarskie paski.
Do kościoła było daleko - ponad 2 km. Z naszego "kawałka" (wioski)
żaden chłopak nie był ministrantem, (ja też nie). Do Krucjaty
Eucharystycznej nie należałem, bo przynależność wymagała specjalnego
stroju, a moich Rodziców nie było stać na to. Wprawdzie Ojciec
otrzymywał co miesiąc rentę inwalidzką (około 50 złotych), ale Rodzice
w tym czasie odkupili od Adama i Anny drugą połowę domu i resztę
"gruntu", aby zachować całość "ojcowizny".
Moim zajęciem od 6-tego roku życia, było pasienie krów, a nieodpartym
"hobby", było "łapanie" ryb w rzece Uszwicy. Obydwa niby powołaniowe
zajęcia (pasterz i rybak), ale mnie wtedy, nigdy to na myśl nie
przyszło.
2. WYKSZTAŁCENIEOd
7-mego roku życia uczęszczałem do Szkoły Powszechnej w Borzęcinie
Górnym. Pierwsze 4 lata nauki miałem oceny poniżej przeciętnej,
przeważnie "dostateczny", bo nie lubiłem Nauczycielki (była stronnicza)
i naumyślnie nie odpowiadałem na Jej pytania, chociaż wiedziałem.
Ostatnie 3 lata Szkoły Powszechnej odpowiadałem na "piątki", bo zmienił
się Nauczyciel. W czerwcu 1942 roku otrzymałem świadectwo ukończenia
Szkoły Powszechnej (było tylko dwie "czwórki", reszta "piątki").
Tu się zaczęła moja "tragedia". Po wakacjach młodsze dzieci szły do
szkoły, a ja nie mogłem się uczyć, choć tak bardzo pragnąłem. Płakałem
"za szkołą". Kuzyn Ojca, Władysław Dziedzic ze Szczurowej, proponował
nawet Ojcu, aby mnie jeszcze raz posłał do 7-ej klasy. Sprawa jednak
upadła ze względu na oszczędność butów i ubrania, oraz pomocy, jaką
zacząłem świadczyć Ojcu w gospodarstwie. Wykonywałem wszystkie prace
koniem, poza sianiem zboża (było ręczne).
Każdy rozpoczynający się rok szkolny (1942, 1943 i 1944) był dla mnie
odnowioną raną. Próbowałem się uczyć sam... Od Ireny (Koleżanka),
wnuczki Nauczyciela Pana Czai; dostałem podręcznik geografii. Od
Sąsiadki, której syn Leon (Nauczyciel) zginął we wrześniu 1939 roku,
dostałem zeszyty i podręcznik do języka polskiego. Od Sąsiada, który
miał konspiracyjną, przedwojenną bibliotekę, pożyczałem historyczne
książki (
Krzyżacy,
Potop,
Ogniem i Mieczem,
Pan Wołodyjowski).
Niestety w naszej wiosce nie było tajnych kompletów nauczania, a
przynajmniej ja nie miałem do nich dostępu. Na samym początku wojny
"Gestapo" rozstrzelało 3-ech studentów. Jeden z Profesorów udawał
po-mylonego, w ten sposób przeżył wojnę. Reszta zakonspirowała się
głębo-ko, lub szukała bezpieczniejszej okolicy.
Przyszło wreszcie wyzwolenie - 16 stycznia 1945 roku. W kilka dni po
przejściu frontu, pojechaliśmy z mieszkającym w naszym domu,
wysiedlonym spod Lwowa, Mateuszem po drzewo do lasu, bo zabrakło opału.
Kiedy na skraju lasu szukaliśmy podeschłej sosny, w odległości około
300 m, ukazał się pomiędzy pniami drzew jaskrawy błysk ognia i zaraz
potem potężny huk eksplozji. Domyślałem się ... to eksplodował skład
pocisków artyleryjskich, pozostawionych przez uciekających Niemców. Po
chwili ogłuszającej ciszy, dały się słyszeć gęste uderzenia odłamków w
gałęzie i pnie drzew. Odcięte gałęzie z szumem spadały na ziemię.
Przytuliłem się, najbardziej jak mogłem, do grubego pnia sosny, by
uniknąć śmiertelnego uderzenia.
Zaraz też z p. Mateuszem (bez drzewa) wracaliśmy do domu. Nastąpiły
jeszcze dalsze wybuchy, ale my byliśmy już poza zasięgiem odłamków. Po
kilku dniach poszedłem pieszo (2,5 km) do lasu, aby obejrzeć miejsce
tego wybuchu. Był potężny dół (dom by się schował), wokół rozrzucone
artyleryjskie pociski i worki z prochem strzeleckim. Kilku chłopców
rozpruwało te worki, wysypywali proch, a zabierali biały materiał,
mówiąc, że to jedwab. Ja zabrałem kilka mniejszych woreczków z prochem
i przyniosłem do domu. Mimo przykrego doświadczenia z wybuchem,
ciekawość wzięła górę.... Na drugi dzień poszedłem jeszcze raz do lasu.
Worków z prochem już nie było, natomiast kilku starszych chłopaków
rozkręcało pociski, zabierając z nich zapalniki i materiał wybuchowy
(ekrazyt). Szybko wróciłem do domu, dobrałem klucz ("francuz") i
jeszcze tego dnia poszedłem do lasu. Trafiłem na nowy magazyn,
rozkręciłem około 40 pocisków i ze zdobyczą zapalników i ekrazytu,
wróciłem wieczorem do domu. Tu robiłem różne rodzaje "bomb", które
detonowałem w polach o zmroku, a o świcie sprawdzałem skutki.
Niedługo dowiedziałem się, że przy takim rozkręcaniu eksplodował
pocisk. Na miejscu zginęło 5-ciu moich Kolegów, a szóstemu, który
przeżył, wybuch wypalił oczy. Wtedy uświadomiłem sobie, że nade mną
specjalnie czuwała Opatrzność Boża, choć nie wiązałem jeszcze tego z
powołaniem kapłańskim.
Nadeszły wakacje i odnowiła się moja tęsknota za nauką. Dochodziły
słuchy, że nawet na wakacje uruchomiono przedwojenne Gimnazja w Brzesku
i w Tarnowie. Otwierano też nowe szkoły średnie w Wojniczu i w
Radłowie. W tym czasie zjawił się u nas w domu, wspomniany już Kuzyn
Ojca, Władysław Dziedzic, z wiadomością, że w Szczurowej otwarto Szkołę
Handlową. Znał też i podał terminy egzaminów wstępnych. Ojciec bez
oporu, ale też bez zbytniego entuzjazmu, zawiózł mnie furmanką (5 km)
do Szczurowej na te egzaminy.
Zdawałem z różnym powodzeniem. Niektóre przedmioty zdawałem na celująco
np. chemię. Wszystko wiedziałem o fotosyntezie, o chlorofilu. Z fizyki
znałem nawet nie oficjalną jeszcze naukę o rozbiciu atomu, o
cząsteczkach atomowych, protonach i neutronach. (To było hobby
kierownika szkoły w Borzęcinie pana Kazimierza Ogorzałka). Znałem
doskonale polską gramatykę, ortografię, a najlepiej to chyba matematykę.
Natomiast wcale nie znałem historii Polski, literatury, geografii i
poezji narodowej. Na zapytanie innego egzaminującego nauczyciela, mój
egzaminator powiedział o mnie: "W niektórych przedmiotach geniusz a z
innych, nic nie wie". Przyjęto mnie jednak do II-giej Klasy Gimnazjum
Handlowego, zaliczając okupacyjne samokształcenie. Nauka szła mi
dobrze, nawet bardzo dobrze. Nadrobiłem braki i na tzw. "Małej Maturze"
zostałem zwolniony ze wszystkich egzaminów.
Przeszedłem więc automatycznie do II-u letniego Liceum Handlowego,
które kończyło się "Dużą Maturą" (normalną maturą). Tu przeżyłem znów
nową przygodę. Po kilku miesiącach nauki w normalnej klasie, na prośbę
Ojca i na podstawie moich wyników nauki, Dyrektor Szkoły mgr Eugeniusz
Wałęga, przeniósł mnie do klasy "dorosłych", gdzie matura miała być
przyspieszona o pół roku.
Nagle, najmłodszy wiekiem, znalazłem się w gronie naprawdę dorosłych
ludzi: poruczników AK, mężatek, byłych więźniów obozów niemieckich i
powracających z przymusowych robót w Niemczech. Najgorsze było to, że
klasa dorosłych była około 3 miesiące "do przodu" z programem w
porównaniu z normalną klasą, którą opuściłem. Poznałem wtedy gorzki
smak "osła". Pamiętam do dziś, kiedy jeden z uczniów tej klasy, Olek W.
(wrócił z obozu z Norwegii), mówił prawie płynnie po niemiecku: "Warend
des Kriege meine Mutter ist gestorben", gdy ja zaledwie w tym języku
składałem "słówka". Byłem zwolniony na jeden miesiąc z pytania i
pisania zadań. Pewnego dnia, z własnej woli napisałem wraz z innymi
zadanie klasowe z matematyki, otrzymałem pierwsze i pewnie ostatnie w
życiu "niedostateczny" i lekcje prawdziwej pokory.
To pozwoliło mi w ciągu dalszej nauki w Liceum i w Seminarium lepiej
rozumieć tych, którzy mimo chęci i dobrej woli nie potrafią
odpowiedzieć, lub zrobić zadania. To stanowiło zasadę w późniejszym
nauczaniu.
3. UŚWIADOMIENIE POWOŁANIA
Na moje imieniny (4 marca), na przerwie w klasie, składał mi życzenia
nasz Ksiądz Katecheta (Profesor) Antoni Michalik. Życzył mi zdrowia,
szczęśliwego zdania matury, na końcu dodał cicho, tak, że tylko ja
słyszałem: "Żebyś mnie kiedyś zastąpił w kapłaństwie". To ostatnie
życzenie, zabrzmiało dla mnie jak "Głos Boży". Nagle stało się dla mnie
jasne, że nie mam wyboru, że "muszę" zostać kapłanem, że to w ten
sposób Bóg mnie powołuje. Wiedziałem, że po maturze pójdę ("muszę iść")
do Seminarium.
Pozostawało to jednak moją najgłębszą tajemnicą, o której poza Bogiem i
mną, nie wiedział nikt! Nie rozmawiałem o tym ani z Rodzicami, ani z
Księdzem Katechetą, ani nawet ze Spowiednikiem.
"Dużą Maturę" zdałem z wyróżnieniem. Kiedy Koleżanki i Koledzy
dyskutowali, gdzie które pójdzie na studia, gdzie ja mógłbym pójść,
nawet podobno Profesorowie zastanawiali się nad tym i typowali dla mnie
różne kierunki studiów, ja miałem to "z głowy". Wiedziałem i pogodziłem
się z tym, że "muszę", że pójdę do Seminarium. Wiedziałem też, że nauka
w Seminarium rozpoczyna się w październiku, miałem więc jeszcze sporo
czasu. Nic więcej o Seminarium nie wiedziałem, choć miałem Kuzyna
Stanisława Rosę, który był już dwa lata w Seminarium w Tarnowie. Nie
próbowałem z Nim nawiązać kontaktu, bo moje "Powołanie" było "Tajemnicą"
4. BYŁEM NAUCZYCIELEM
Mój Kolega i Sąsiad Olek Wójcik (którego Matka "ist gestorben"),
postanowił iść do pracy (był styczeń). Najłatwiej wtedy było otrzymać
pracę nauczyciela. Poprosił mnie Olek, bym z nim pojechał do
Inspektoratu, do Brzeska. Pojechaliśmy rano, rowerami. Przyjął nas
Wiceinspektor p. Rudolf Jakubowski. Kolega załatwił sobie posadę w
szkole w Uszwi. Kiedy zamierzaliśmy już wychodzić, Pan Jakubowski mnie
zagadnął: "A Pan?". Odpowiedziałem: "Ja przyjechałem tylko z Kolegą i
nie przewiduję pracy". On jednak nie dał za wygraną. Zaczął opowiadać,
że jest kierownikiem doświadczalnej szkoły, która ma próbną VIII-ą
klasę (jedną ze 100-u takich w Polsce). Szkoła jest blisko Brzeska w
Porębie Spytkowskiej. Teraz od półrocza został mianowany Zastępcą
Inspektora Stebnickiego i szuka, kto by po nim objął nauczanie w tej
szkole. Chodzi mu szczególnie o matematykę, fizykę i chemię w starszych
klasach, łącznie z programem doświadczalnej VIII-ej klasy. Dodał, że
obowiązki kierownika będzie pełnić jego żona Krystyna. On będzie
przyjeżdżał codziennie (mieszkanie w szkole), to może służyć pomocą.
Na koniec zapytał: "A czym Pan przyjechał do Brzeska?". "Rowerem" -
odpowiedziałem. Ucieszył się wyraźnie. Po chwili namysłu zadysponował:
"Kolega obejrzy sobie szkołę w Uszwi, a my przejedziemy się rowerami do
Poręby. Pokażę Panu moją szkołę". Po drodze nie rozmawialiśmy prawie
wcale (rowery). Ja myślałem, jak ja pogodzę pracę w szkole z moim
powołaniem? A może by i dobrze było przejść taką "praktykę" w szkole...
przecież każdy ksiądz uczy religii w szkole... Nie byłem jednak
zdecydowany. A kiedy się dowiem o Seminarium? A jak załatwię przyjęcie?
Dojeżdżaliśmy do pierwszych domów wioski. Na górce widać było biały
kościół. "Ten czerwony budynek, poniżej kościoła, to właśnie moja
szkoła", poinformował mnie Inspektor. "Niech mi Pan na chwilę potrzyma
rower". Wszedł do najbliższego przy drodze domu. Wrócił po chwili i
odbierając rower, powiedział: "Załatwiłem Panu w tym domu mieszkanie i
wyżywienie. Ceny ustalicie potem. Państwo Nowakowie to bardzo dobrzy
ludzie, mieszkanie gotowi dać za darmo, mają synka w piątej klasie".
Zrobiło mi się ciepło koło serca... ale stało się... jestem
nauczycielem!
Pan Jakubowski przedstawił mnie swojej żonie i teściowi, który mieszkał
z nimi. Z kąta pokoju, siedząc na podłodze, przyglądali mi się ciekawie
dwaj chłopcy w wieku przedszkolnym, synowie państwa Jakubowskich. Pan
Inspektor, w towarzystwie żony, pokazał mi wszystkie "klasy" (było już
po lekcjach), pracownię fizyki (była tu miniaturowa maszyna parowa,
którą z czasem uruchomiłem) i pokój nauczycielski.
Tu na podziale zajęć pokazał mi, w których klasach będę uczył i jakich
przedmiotów. Oprócz matematyki, fizyki i chemii dołożył jeszcze
gimnastykę w klasie VII-ej i VIII-ej. Ponieważ jeszcze kilka godzin
brakowało do pełnego etatu (30 godzin), dodał jeszcze rysunki w VII-ej
i VIII-ej klasie. Prosił też, bym objął po nim wychowawstwo VI-ej
klasy. Rudolf zaprosił mnie teraz dość bezceremonialnie na spóźniony,
wspólny obiad. Byłem tak oszołomiony ostatnimi wydarzeniami, że
przestałem się czemukolwiek sprzeciwiać. Po obiedzie polecił mi Pan
Rudolf wstąpić do Nowaków i powiedzieć, że od poniedziałku zaczynam
pracę w szkole. U państwa Nowaków nie było problemu, bo tam przed
kilkoma miesiącami mieszkał nauczyciel i wszystko było gotowe dla
nowego lokatora. Ustaliliśmy tylko, że w poniedziałek przywiozę
bieliznę pościelową. Z kolegą Olkiem spotkaliśmy się dopiero w
Borzęcinie. Zdziwił się nieco, ale i szczerze ucieszył, że przyjąłem tę
pracę.
W poniedziałek już o godzinie 7.30 byłem w Porębie. U państwa Nowaków
zostawiłem przywiezione rzeczy osobiste i za 15-cie ósma byłem w
szkole. Czekał na mnie Pan Inspektor. W pokoju nauczycielskim
przedstawił mnie Paniom. Były to same nauczycielki. Starsza pani,
bratanica Księdza Arcybiskupa Baziaka ze Lwowa, również starsza, żona
miejscowego organisty i trzecia starsza pani, rodaczka z Poręby,
mieszkająca w rodzinnym domu. Były też dwie panie w średnim wieku,
mężatki i dwie młode nauczycielki, oraz pełniąca rolę kierownika
szkoły, żona Inspektora Rudolfa - Krystyna.
Punktualnie o ósmej, zaprowadził mnie Pan Inspektor do VI-ej klasy.
Dzieci (około 30-u), przywitały nas pozdrowieniem: "Niech będzie
pochwalony Jezus Chrystus" (taka była praktyka w tej szkole), a
następnie dodały: "Dzień dobry Panom" (uderzyła mnie inteligentna
zmiana liczby na mnogą), bo zwyczajnie było: "Dzień dobry Pani", lub
"Dzień dobry Panu".
Pan Inspektor przedstawił mnie krótko i zostawił samego z klasą. Żeby
dzieci nie zaczęły mówić, a miały na to ochotę, sam zabrałem głos. Była
to akurat programowa lekcja matematyki, a z tym przedmiotem najmniej
miałem problemów. W czasie najbliższej "pauzy" (przerwy) panie
nauczycielki wypytywały życzliwie, jak sobie poradziłem?
Odpowiedziałem, że dobrze i po przerwie realizowałem zajęcia w
przewidzianych klasach.
5. UCZĄC, SAM SIĘ WIELE UCZYŁEM
W następnym dniu zastałem Panie przed szkołą. Podszedłem i przywitałem
się podając demokratycznie rękę. Tak robiłem codziennie. Pod koniec
tygodnia zorientowałem się, że "coś jest nie tak". Panie straciły
początkowy entuzjazm dla mnie. Z pomocą przyszła mi młoda - koleżanka -
nauczycielka. Powiedziała: "Panie, u nas jest zwyczaj, że wszyscy
mężczyźni (nawet ksiądz proboszcz) przy powitaniu całują Panie w rękę".
A to tak... pomyślałem sobie...
Była akurat sobota i pojechałem na niedzielę do domu, do Borzęcina. W
poniedziałek szedłem parę minut później do szkoły, by na podwórzu
zastać już wszystkie Panie. Stały jak zwykle w kółeczku przed drzwiami
szkoły. Ukłoniłem się głęboko i całowałem każdą z Pań w rękę,
zaczynając od najstarszych. Nie odmówiłem tego gestu i młodszym, wraz z
życzliwą mi informatorką. Pierwsze całowane Panie były nieco zdziwione
moją odmianą, ale następne wysoko podnosiły dłonie, by ich nie ominęło
to moje całowanie. Zaraz zadzwonił dzwonek i wszyscy zadowoleni (ja
też) rozeszliśmy się do swoich klas.
Po kilku dniach, bardzo mi życzliwa nauczycielka, żona miejscowego
organisty, zaprosiła mnie do biblioteki parafialnej, którą prowadził
jej mąż, żebym sobie wybrał coś do czytania. Przeglądając dział
religijny, natknąłem się na książkę księdza dra Jana Bochenka pod
tytułem: "Pójdź za mną". Już po pierwszych stronach zorientowałem się,
że jest to książka o Seminarium Duchownym w Tarnowie.
Wypożyczyłem ją wraz z innymi (żeby nie podpaść) i pospiesznie wróciłem
do siebie. Książka "Pójdź za mną" okazała się dla mnie kopalnią
wiadomości o Tarnowskim Seminarium Duchownym. Czytałem ją wieczorami,
gdy już wszyscy spali, na dzień chowałem ją głęboko w łóżko, by nie
wpadła w "niepowołane ręce" (znów konspiracja). Po przestudiowaniu tej
lektury wiedziałem już, kiedy i z jakimi dokumentami należy się zgłosić
do Seminarium.
Był marzec. W Borzęcinie umarł mój pierwszy katecheta (ze szkoły
powszechnej), ksiądz Władysław Budzik, z którym byli zaprzyjaźnieni moi
Rodzice. Brałem udział w pogrzebie w niedzielę po południu. I znów
stanęły mi przed oczyma słowa Księdza Profesora Michalika: "Żebyś mnie
kiedy zastąpił w kapłaństwie". "Zastąpię!" - była moja zdecydowana
odpowiedź.
Życie płynęło dalej. W parafii Poręba Spytkowska, miała się odbyć I
Komunia Święta. Ksiądz proboszcz Józef Rojek zaprosił nauczycieli do
współpracy. Dla mnie przypadły sprawy porządkowe. Podprowadzanie dzieci
do ołtarza i odprowadzanie na swoje miejsca. Mnie też powierzył ksiądz
proboszcz sprawę bezpieczeństwa dzieci. Chłopcy nieśli zapalone świece,
dziewczynki papierowe lilijki. Całe "grono" wraz z Inspektorem
Jakubowskim przystąpiło do spowiedzi świętej, by wraz z dziećmi przyjąć
Komunię świętą. Uroczystość odbywała się w dniu powszednim o godzinie
7-ej rano. W szkole nie mogło być oficjalnie dnia wolnego, ale grono i
dzieci wszystkich klas przyszliśmy prosto z kościoła w ubiorach
świątecznych. Dzieci Komunijne miały w szkole śniadanie wraz z
nauczycielami. Pozostałe dzieci dostały po bułce. Po śniadaniu
wszyscyśmy poszli do domu.
Śmieszny wypadek zdarzył mi się na lekcji rysunków w VII-ej klasie. Był
deszczowy dzień i nie mogliśmy iść w "plener". Zostaliśmy więc na
lekcje rysunków w klasie. "Co będziemy rysować?" - zapytały dzieci.
"Tajemnica!" - odpowiedziałem. Odwróciłem się do tablicy i jak
najlepiej umiałem, narysowałem kredą dużego kota. Zadowolony odwracam
się do dzieci, odsłaniam rysunek i pytam: "Co to jest?". Zgłasza się do
odpowiedzi uczeń z ostatniej ławki, wyraźnie przerośnięty, który 3-ci
raz "repetował" 7-mą klasę i prawie, że krzyczy: "Dioboł, dioboł prose
Pana!". Zmazałem gąbką czym prędzej kompromitujący rysunek. Nauczyłem
się wtedy, że dzieciom należy zawsze mówić, co to jest, a nie liczyć na
ich nieobliczalne domysły.
6. W SEMINARIUM
Szybko nadszedł miesiąc czerwiec. Zbliżał się koniec roku szkolnego.
Wiedziałem z książki "Pójdź za mną", że teraz należało się zgłosić do
seminarium. Tak bałem się tego momentu! Gnany jednak tym wewnętrznym
"musem" w pierwszy wolny od nauki dzień, nie mówiąc nic nikomu,
wybrałem się pociągiem z Brzeska do Tarnowa. Wiedziałem tylko, że
Seminarium Duchowne jest na ulicy Ignacego Krasickiego. Gdy pytałem o
tę ulicę, wydawało mi się, że każdy domyśla się, co więcej, wie na
pewno, że szukam Seminarium Duchownego. Taksuje mnie wzrokiem, jako
kandydata na kleryka. Skierowano mnie życzliwie w stronę Katedry, a
stamtąd pod Grób Nieznanego Żołnierza. Stąd już było widać duży,
pomalowany na pastelowo budynek. Upewniłem się, czytając na frontonie:
"RELIGIONI ET LITTERIS". To było seminarium!
Zadzwoniłem do furty. Najpierw przez małe okienko w drzwiach
zlustrowały mnie czyjeś oczy, a następnie otworzyły się drzwi i ktoś
(dla mnie był to ksiądz, bo w sutannie) wypytał mnie dokładnie, kim
jestem i czego sobie życzę. Wybąkałem z trudem, że jestem nauczycielem
i pragnę być przyjęty do Seminarium Duchownego. Człowiek w sutannie
(kleryk) zaprowadził mnie do małego pokoju na parterze i kazał
cierpliwie czekać na przełożonego.
Upływały minuty i kwadranse, dla mnie długie jak nigdy, a ja czekałem i
czekałem. Przez głowę przelatywały mi różne myśli. W pewnym momencie
tego nerwowego oczekiwania zdecydowałem prawie: Zostawię to wszystko...
wrócę do szkoły i pozostanę chyba nauczycielem...
W tym jednak momencie otwarły się drzwi i wszedł, utykając na nogę,
starszy kapłan. "Długo na mnie czekacie? Suma w Katedrze się
przedłużyła (Oktawa Bożego Ciała), a ja też nie "najdę" szybko. Chodźmy
na górę". Zrozumiałem, że mamy pójść na piętro.
"Śtupał" przede mną po drewnianych schodach, kołysząc się nieco z
powodu krótszej nogi, w którą był ranny w czasie I wojny światowej.
Potem szliśmy w milczeniu długim korytarzem. Rektor dr Władysław Węgiel
(bo to z nim miałem przyjemność) był lekko zasapany. Na końcu korytarza
otworzył kluczem drzwi i puścił mnie przodem. Zawiesił w przedpokoju
czarną zarzutkę i wskazał mi otwarte drzwi na prawo. To był pokój
rektorski. Biurko z dwoma krzesłami, okrągły stół z czterema krzesłami
i pokojowa palma.
Ksiądz Rektor wskazał mi miejsce przy stole, sam usiadł obok i
zachęcił: "No mówcie, bo coś niecoś wiem już od kleryka na bramie".
Obecność księdza Rektora dziwnie mnie uspokoiła, a jego "kalectwo"
wzbudziło we mnie sympatię. Bardzo spokojnie opowiedziałem swój
życiorys, który był zresztą streszczony w prośbie o przyjęcie.
Przyszedł moment na przedstawienie dokumentów. Ksiądz Rektor pobieżnie
rzucił okiem na pisemną prośbę, odsunął metrykę urodzenia, zajął się
moim świadectwem maturalnym.
Czytał półgłosem: "Zachowanie - bardzo dobry; religia - bardzo dobry;
język polski - bardzo dobry; język angielski - bardzo dobry; język
niemiecki - bardzo dobry". Tak doszedł do ostatniego przedmio-tu:
"wychowanie społeczne - bardzo dobry. Po drodze było tylko dwa razy
"dobry". Zerknął jeszcze na drugą stronę świadectwa, gdzie były podpisy
profesorów z tytułami doktorów i magistrów. Rektor westchnął i
powiedział półgłosem: "Szkoda, że to wasze wykształcenie poszło w takim
kierunku".
Po chwili milczenie ksiądz Rektor dodał, ale już obiecującym tonem:
"Będziecie musieli sporo nadrabiać, ale sądząc po waszym świadectwie,
dacie sobie radę". Zażartował nawet: "A nie przyjdzie tu za wami jaka
nauczycielka?" I ja wpadłem w ton żartobliwy, odpowiadając: "Nie
znajdzie seminarium, bo ja z trudem znalazłem". Ksiądz Rektor roześmiał
się głośno swoim charakterystycznym: "Cha, cha, cha!". Zgarnął w róg
stołu, właściwie w jedno miejsce, gdyż stół był okrągły, moje "papiery"
i powiedział już poważnie: "Porozmawiam o was z księdzem Biskupem, ale
czujcie się klerykiem. Wstąpcie jeszcze do kaplicy przy furcie".
Odprowadził mnie do drzwi korytarza i powiedział: "Zawiadomienie
przyjdzie na adres waszej parafii". Pożegnał mnie podaniem ręki.
Wracałem po tej rozmowie jak na skrzydłach. O mało nie biegłem długim
korytarzem, a schodami, co drugi... Wstąpiłem do kaplicy seminaryjnej,
ale na bardzo krótko, bo mnie niosło, żeby jak najprędzej być na ulicy,
w pociągu i w domu. Tu dopiero odetchnąłem. Po pierwsze, to miałem już
tę sprawę za sobą, a po drugie, to nie wyobrażałem sobie lepszego
załatwienia.
Z podwójnym zapałem zabrałem się do wypisywania świadectw dla mojej
VI-tej klasy. Z radości miałem nawet ochotę niektórym uczniom napisać
na świadectwie lepsze oceny, ale byłem związany "arkuszem ocen".
Po rozdaniu świadectw w pokoju nauczycielskim (był pusty) podszedł do
mnie pan inspektor Jakubowski i powiedział: "Mam i ja coś dla pana" W
ręce trzymał kopertę. "Ustaliliśmy z p. inspektorem Stebnickim (główny
inspektor), że poślemy pana na studia pedagogiczne". Odpowiedziałem:
"Panie inspektorze, bardzo dziękuję, ale ja już zgłosiłem się do
Seminarium Duchownego w Tarnowie". Popatrzył na mnie zaskoczony,
uścisnął mi mocno dłoń i powiedział życzliwie: "Gratuluję, serdecznie
gratuluję!". Pospiesznie opuściłem szkołę. Z paniami pożegnaliśmy się w
przeddzień, na przyjęciu u Państwa Jakubowskich.
Trochę zdziwienia było u państwa Nowaków, że likwiduję mieszkanie, ale
powiedziałem, że idę na studia, nie powiedziałem na jakie.
7. TAJNY KLERYK NA WAKACJACH
W sierpniu tego roku (1949), ksiądz proboszcz z Borzęcina Górnego,
Franciszek Łącki, przejeżdżając obok naszego domu, przystanął i wręczył
mi susceptę, czyli zawiadomienie o przyjęciu do Seminarium Duchownego.
Suscepta była napisana po łacinie, ale trochę zrozumiałem - uczyłem się
łaciny nadobowiązkowo w gimnazjum - a reszty się domyśliłem. Schowałem
dokument jak najgłębiej, między swoimi "papierami", nikomu nic nie
mówiąc.
Pod koniec wakacji maturzyści naszej wioski (było nas około 30)
urządzali zabawę taneczną na dokończenie złocenia nowego ołtarza w
parafialnym kościele. Zabawa była z imiennymi zaproszeniami uczącej się
młodzieży w szkołach średnich, wraz z rodzicami i borzęckich "notabli".
Jako jeden z tegorocznych maturzystów nie mogłem się "wymigać" od
udziału, tym bardziej, że wcześniej grałem w kilku przedstawieniach na
ten zbożny cel, między innymi w sztuce Zawiejskiego Gość Oczekiwany. O
moim zgłoszeniu się do seminarium nikt nie wiedział, więc nie mogłem
się na nie wymówić.
Wybrałem cichy kompromis. Zaproponowałem organizatorom: "Obsłużę wam
bufet" Zgodzili się chętnie. Na godzinę przed rozpoczęciem zabawy byłem
już za ladą bufetu. Sprawdziłem czym dysponuję - były kanapki, napoje,
kotyliony, alkoholu nie było. Handel szedł mi dobrze! (wykształcenie
handlowe). Nawet nauka reklamy się przydawała. Aż tu na parę minut
przed północą, przybiega moja koleżanka, Kazia Hebda i bezpardonowo
rozkazuje: "Musisz iść tańczyć, bo na sali siedzi wiele zaproszonych
matek z córkami, brak chłopaków. Niewielu też przyszło ojców" (kilku
siedziało w bufecie). Nie miałem wyboru, musiałem iść. "Przemęczyłem"
tę zabawę do końca, do trzeciej godziny po północy. "Przemęczyłem" nie
dlatego, żebym nie umiał lub nie lubił tańczyć, ale dlatego, że miałem
świadomość, iż jestem przecież klerykiem. Pan Bóg wnet znalazł dla mnie
pokutę... O wpół do czwartej wróciłem do domu. Było jeszcze ciemno.
Rozebrałem się co z grubsza i rzuciłem się do mojego "ślufanka"
(Schlafbank). Prawie natychmiast zasnąłem. Ile spałem, nie wiem. Nie
dłużej pewnie niż kilkanaście minut. Zbudził mnie głos ojca: "Kazek,
wstawaj! Jedziemy kosić łąkę". I teraz nie było już pardonu...
Zmieniłem ubranie na robocze, ale buty ubierałem te same. Były jeszcze
ciepłe, nie zdołały wystygnąć.
W drodze na łąkę (3 km) trochu drzemałem, ale ojciec stale coś
opowiadał. Kiedy stanęliśmy "do łąki", świtało. Kosiłem za ojcem, a w
głowie szumiały mi tanga, walce i fokstroty. Na godzinę dziewiątą łąka
była skoszona. Już legalnie spałem całą powrotną drogę, a potem w domu,
po drugim śniadaniu, całe popołudnie i noc do następnego rana.
Wieczorem ojciec próbował mnie budzić do zrzucania siana, ale ujęła się
za mną mama, perswadując ojcu: "Daj mu spokój, przecież jest po
zabawie". Mama umiała i lubiła tańczyć, Tata nie!
8. JAWNY KLERYK
Na początku września zostałem wezwany na badania przed Komisję Wojskową
w Krakowie, Było nas około dwustu maturzystów z powiatu brzeskiego,
bocheńskiego i sądeckiego. Próbowano przy okazji badań wywierać pewien
nacisk, aby maturzyści zapisywali się "dobrowolnie" na "Podchorążówkę",
potem nie było odwrotu z wojska. Wielu z moich kolegów, tak właśnie
związało się z wojskiem. Ja zostałem zwolniony na podstawie legitymacji
nauczycielskiej, którą inspektor Stebnicki pozwolił mi zatrzymać na
pamiątkę.
Powróciwszy do domu, po trzech dniach badań, zauważyłem u domowników
dziwną zmianę. Najstarsza siostra, uczennica Gimnazjum Plastycznego w
Szczawnie-Zdroju, unikała mnie wyraźnie. Mama wyglądała na zadowoloną i
ucieszoną, tato uśmiechał się pod nosem, a młodsze siostry dziwnie mi
się przyglądały. Myślę sobie - skąd ta zmiana? Sprawdzam moje
dokumenty, a one są rozgrzebane. Na samym wierzchu "suscepta".
Domyśliłem się, że to siostra Marysia w "babskiej" ciekawości
przeglądała (jak się później przyznała) moje świadectwa szkolne i
natrafiła na ten dokument. Pokazała mamie, i razem jakoś
"prześlabizowały", że to nic innego, tylko moje przyjęcie do
seminarium. Udawałem obrażonego, ale w duszy byłem zadowolony, bo za
dwa tygodnie (17 września) miałem się zgłosić do seminarium, więc i tak
musiałbym to jakoś powiedzieć.
Z "wyprawką" nie było problemu, bo kupiłem sobie wszystko jako
nauczyciel. Zarabiałem 16.000 zł miesięcznie (wtedy na składkę w
kościele dawało się 10 złotych).
"Wyprawkę" chciałem spakować w jeden tobołek. Nie udało się to jednak,
bo mama miała dla mnie "wianną pierzynę", którą musiałem wieść
spakowaną osobno. Ojciec odwiózł mnie furmanką do stacji kolejowej
Biadoliny. Stamtąd dojechałem pociągiem do Tarnowa. W Tarnowie
przerzuciłem tobołki przez ramię i pieszo z dworca szedłem do
seminarium. Teraz już mnie nie krępowało, że wszyscy wiedzą, że idę do
seminarium. Szedł również ze mną kolega z Dolnego Borzęcina -
Franciszek Oleksy. On miał mniejsze bagaże, bo jako wychowanek Małego
Seminarium, niektóre rzeczy (pierzynę) miał już w Tarnowie. Franek
pomagał mi nieść część moich bagaży.
Nie będę szerzej opisywał pobytu w Seminarium, bo Koledzy zrobią to
lepiej. Podam tylko, w czym byłem oryginalny. Nie umiałem łaciny i nie
znałem, poza Frankiem, nikogo. Nie byłem przystosowany do życia
wspólnotowego. Znałem natomiast stenografię i notowałem wszystkie
wykłady. Śmieszyły mnie dzwonki seminaryjne. Odczułem to jako cofnięcie
się w czasie. "Dzwonią na nauczyciela". Zresztą, gdy szedłem nauczać w
szkole, Ojciec ofiarował mi zegarek - "cebulę" na łańcuszku. Teraz mi
go pozostawił i byłem jednym z niewielu kleryków, którzy mieli zegarek.
Łacinę nadrobiłem w rok, czym zdobyłem sympatię profesora Józefa
Brudza. Egzaminy zdawałem z łatwością. Pomagałem niektórym kolegom w
nauce. Uczyłem się też grać na pianinie.
9. KAPŁAŃSTWO
Święcenia kapłańskie przyjąłem 9 maja 1954 roku, przez posługę
ks. biskupa Karola Pękali. Msze święte przez najbliższe dni
celebrowałem u księdza mgra Adama Kaźmierczyka na Burku. Prymicje miałem zewnętrznie bardzo skromne. Nie było "banderii". Od
pociągu z Biadolin przywiózł mnie kuzyn Jasiu Cieśla. Nawet po drodze
zabraliśmy jakąś kobietę, która jak mówiła, szła od pociągu na prymicje
księdza Martyńskiego, nie wiedząc, że jedzie z prymicjantem.
Wewnętrznie Prymicje były bogate i trwały 3 dni. W pierwszym dniu
odbywały się ceremonie prymicyjne na plebanii i w kościele. Kazanie
prymicyjne głosił ksiądz dr Jan Duda, rodak z Borzęcina. Manuduktorem
(pomoc we mszy świętej) był ksiądz docent Jan Czuj, Rektor Akademii
Teologicznej w Warszawie, także rodak z Borzęcina. Było wielu księży
z naszej rodziny, między innymi ksiądz Rosa i ksiądz Kordela, wielu
księży rodaków i księży sąsiadów. Do domu rodzinnego zawiózł mnie
służbową "warszawą" ksiądz rektor Czuj. W domu oprócz kapłanów byli
przyjezdni goście, zwłaszcza rodzina Surmów z Opoczna. W tym dniu
prymicji brała też udział cała moja maturalna klasa, przywożąc
w pre-zencie beczkę okocimskiego piwa.
Drugi dzień prymicji zarezerwowali sobie sąsiedzi. Nie przyszli
w pierwszym dniu, by nie powiększać "ciżby", ale około stu osób gościło
się od 15-tej godziny do późnego wieczora, mając do wyłącznej
dyspozycji prymicjanta.
W trzecim dniu zaprosiłem koleżanki i kolegów ze Szkoły Powszechnej,
zaprzyjaźnionych pracowników kościoła, między innymi pana organistę
Kołodziejczyka, który uczył mnie grać na fisharmonii, pana kościelnego
Hebdę z żoną i córką Kazią, która mną tak porządziła na pamiętnej
zabawie. Przepraszała za to, ale mówiła, że jej nawet wtedy na myśl nie
przyszło, że pójdę do seminarium.
Do listopada czekałem na państwowe zatwierdzenie na pierwszą placówkę.
Był to Otfinów nad Dunajcem, u księdza proboszcza Franciszka Węgla,
brata rektora seminarium.
Po czterech latach zostałem przeniesiony do katedry, do Tarnowa.
Główną moją pracą, poza wikariatem w katedrze, było nauczanie religii.
Najpierw uczyłem religii w męskiej szkole im. Mikołaja Kopernika (nr 4)
w Tarnowie. Po wyrzuceniu religii ze szkoły (uchwała sejmowa) uczyłem
dzieci tej samej szkoły w punkcie katechetycznym przy tarnowskiej
katedrze. Przez parę lat prowadziłem grupę około stu ministrantów,
a ostatnie dwa lata scholę dziewcząt przy katedrze.
Po dziewięciu latach pracy w katedrze, "zaprotegowany" przez księdza
dziekana W. Zygoniewicza, wylądowałem w Krościenku nad Dunajcem jako
"wytrawny" katecheta.
Tu uczyłem religii młodzież miejscowego liceum ogólnokształcącego
i prowadziłem "Zespół Dziewcząt" (stroje góralskie). Jeździliśmy po
całej Polsce. Braliśmy też udział w odpuście na Burku u ks. rektora
Aleksandra Dychtonia, w drodze do Leżańska.
Po 6-ciu latach pobytu i pracy w Krościenku n/D. znów zostałem
"zaprotegowany" na probostwo w Lipinkach przez ks. kapelana biskupa
ks. Kazimierza Górala. Ksiądz biskup Jerzy Ablewicz, Ordynariusz
Diecezji Tarnowskiej, wyznaczył mi w Lipinkach następujące zadanie:
dokończyć odbudowę zniszczonego przez pożar w 1972 r. kościoła
parafialnego i przeprowadzić Koronację Łaskami Słynącej Figury Matki
Boskiej Lipińskiej. Zadania te wykonałem. Wybudowałem też nową plebanię
i rozpocząłem budowę Domu Pielgrzyma.
W 1982 r. zachorowałem na serce - zawał. Budowę Domu Pielgrzyma
z pomocą ks. katechety dra Andrzeja Dyla ukończyłem w 1990 roku. Na
zakończenie proboszczowania zafundowałem sobie i gospodyni Helenie
Musiał, pielgrzymkę do Rzymu.
W sierpniu 1993 roku przeszedłem na emeryturę. Proboszczem za moją
"protekcją" został miejscowy wikariusz - ksiądz licencjat Wacław Śliwa,
który podjął budowę nowego kościoła w Lipinkach.
Mój stan zdrowia znacznie się pogorszył. Do choroby serca w 1992 roku
doszła cukrzyca. Wiele razy byłem w szpitalu w Gorlicach. Mieszkam na
plebanii. Ks. proboszcz zgodził się, że na plebanii mieszka również
była gospodyni, również emerytka, Helena. Mimo pewnego kłopotu ze
stawami (reumatyczne zapalenie), przygotowuje dla mnie cukrzycową
dietę. W lecie odprawiam msze św. w kościele, w zimie na plebanii. Mam
nadzieję, że Bóg Miłosierny, który tak dziwnie prowadził mnie przez
życie, doprowadzi mnie do szczęśliwej wieczności.
Matka Boża Lipińska nie zapomni mi trudu Koronacji i będzie moją Orędowniczką u swojego Syna w niebie.
Lipinki, dnia 23 października 2002 roku